wtorek, 27 stycznia 2015

muszę być bardzo zakompleksiona

Pamiętam jak dziś!

Miałam lat dwanaście i po etapie zakładania blogów ze śmiesznymi czy słodkimi obrazkami – nie wiedziałam wtedy, co to są prawa autorskie – zaczęłam wypisywać swoje pamiętniczki. W Internetach, bo te papierowe się znudziły a i miło było dostać komcia (tak – komcia. Nie komentarz). Blogowałam sobie, żyłam w jakiejś tam naszej małej społeczności, zawierałam przyjaźnie – jedną mam do dziś! – pisałam opowiadanka, fan ficki a na owych pamiętniczkach spowiadałam się z każdego aspektu mojego życia. No, prawie każdego. Trwało to sobie trwało, ale nagle trach – koniec. Może nie do końca trach. Blogi umierały sobie we mnie stopniowo. Przez długi okres nie pisałam niczego, prócz wypracowań w szkole. A to dlaczego? Bo przestałam lubić się uzewnętrzniać.
O, chwila. Brzmi bardzo wartościowo jak na tę chwilę.  Żeby była jasność,  pisanie traktuję i traktowałam zawsze – nawet, gdy tego nie robiłam – jak pewien plan na życie. Przysięgam, pisanie to mój jedyny talent. A to, że go zwyczajnie olewam i nie daję rozwinąć jest częścią mojego leniwego charakteru. I tragicznie mi to przeszkadza, ale jak typowa maruda, więcej mówię niż robię. Problem jest taki (bo już zdążyłam czterdzieści razy zboczyć z toru), że jak mam pisać, skoro wychodzę z założenia, że innych %$&*^ obchodzi, co robię, mówię i myślę? 
No jak?
Nijak. Z tego względu, jak tylko dorwę jakiś temacik, na który mam do powiedzenia coś ciekawego – biorę się do dzieła. A co!


I tym razem nie rzucę o ścianę po trzech notkach. Ani nie zapomnę. Mam przecież postanowienie noworoczne.